Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jednopartówki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jednopartówki. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 3 lutego 2014

Nocne rozmowy przy winie

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię".]



– Czym jest dla ciebie szczęście? – zapytał patrząc jej w oczy.

– Co masz na myśli? – odpowiedziała pytaniem nieco zmieszana. – Co to za dziwne pytanie? Przecież każdy wie, czym jest szczęście.

– Jesteś pewna? Jeżeli to by było takie oczywiste, to czy nie każdy byłby szczęśliwy? Myślę, że każdy dążyłby do tego szczęścia i w końcu je osiągał. A rozejrzyj się dookoła. – Przyciągną przyjaciółkę bliżej siebie, obejmując. Dziewczyna zamyślona oparła głowę na jego ramieniu.

– Nie jestem pewna. Jak o tym mówisz to wydaje mi się, że każdy ma własną definicję i wizję szczęścia. Może w tym leży problem.

– Nalać ci jeszcze wina? – zapytał, zbaczając z tematu.

– Tak poproszę – odpowiedziała, podstawiając mu swój kieliszek. – Dzięki.

– Więc, co z tym szczęściem? – zapytał ponownie, rozsiadając się wygodniej na kanapie, tuż obok dziewczyny, z pełnym kieliszkiem w ręku.

– Bo wiesz, dla jednego to będzie rodzina, dla innego praca, dla jeszcze innego szczęście daje kasa. Nie ma jednej recepty dla wszystkich, więc ciężko wszystkich zadowolić.

– Więc uważasz, że jeżeli wszyscy byli szczęśliwi z jednego powodu, było by lepiej? – zapytał zdziwiony.

– Tak. Przynajmniej nie byłoby tyle konfliktów. Tak mi się wydaje.

– Ale gdyby wszyscy byli szczęśliwi mając pieniądze, ciężko by było wszystkim dać po tyle samo i na tyle dużo, żeby się z tego cieszyli. Rodziny też każdemu nie zagwarantujesz, ani wymarzonej pracy.

– Więc jakie jest twoje rozwiązanie? Kiedy, według ciebie wszyscy byliby szczęśliwi?

– Myślę, że gdyby każdy bardziej skupiał się na swoim szczęściu, niż na rywalizacji ze szczęściem innych – odparł.

– Chyba nie rozumiem. Może to przez wino – roześmiała się delikatnie odchylając głowę do tyłu. Pokój wydawał się wirować wokół niej.

– Ale to bardzo proste. Ludzie za bardzo starają się przeszkodzić innym w osiągnięciu szczęścia, a za mało na spełnianiu własnych potrzeb. Tak jest w polityce, w pracy, a nawet w związkach. Ciągła rywalizacja zabiera nam czas. Niepotrzebnie tracimy energię i przejmujemy się czymś, co nas nie dotyczy.

– Czyli sami zabieramy sobie możliwość szczęścia? – zapytała zdziwiona jego teorią.

– Trochę tak. Powinniśmy się cieszyć tym, co mamy, a nie oglądać się na innych. Jeżeli nam na czymś zależy, powinniśmy do tego dążyć, ale tak, żeby nie krzywdzić innych, bo wtedy i szczęście będzie tylko pozorne. Zawsze z tyłu głowy będą nam się tłukły wyrzuty sumienia.

– Jak tak o tym mówisz, to wydaje mi się, że masz trochę racji – oznajmiła. – A ty jesteś szczęśliwy? – zapytała, spoglądając mu w oczy, chociaż ciężko było jej skupić wzrok.

– Tak. Mam ciebie, robię to, co sprawia mi przyjemność i wierzę, że jestem dobrym człowiekiem. No a przynajmniej się staram. To trzy powody, dla których jestem szczęśliwy.

– Jesteś kochany, wiesz? – Pocałowała go w policzek.

– No pewnie – odpowiedział z uśmiechem, odwzajemniając gest dziewczyny. – To co, jeszcze jeden kieliszek i wychodzimy?

– Tak. W tym roku chcę zobaczyć te fajerwerki.

            Chłopak nalał szkarłatny napój do kieliszków i wzniósł toast.

– Za nasze szczęście!

– Za nas! – zawtórowała mu i oboje zanurzyli usta w alkoholu.

            Gdy dokończyli butelkę, narzucili na siebie kurtki i wyszli na podwórko. Wkrótce na niebie rozbłysły tysiące kolorowych świateł, które oznajmiały koniec roku i początek czegoś nowego. Początek nowej, pustej księgi, którą każdy może zapisać własnym szczęściem. Jeżeli tylko zechce.
 

środa, 4 grudnia 2013

Listami - listkami

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię"]
[Betowała Akira]



        Pisanie listów nigdy nie było jej specjalnością. Wolała rozmowy twarzą w twarz. Wtedy nic nie trzeba dodatkowo tłumaczyć. Mówisz, a emocje są widoczne. Kiedy piszesz, musisz zamieniać w słowa wszystko, każdy szczegół. Oprócz samej treści opisujesz to, jak się czujesz, jakie towarzyszą ci emocje, co robisz w danej chwili, jaką masz minę. Każdy najdrobniejszy gest ma znaczenie, chociaż w bezpośredniej rozmowie wydaje się nieistotny. Odbiorca niczego się nie domyśli, więc jeżeli zależy ci na prawdziwości, konieczna jest drobiazgowość.
        Ona dopiero uczyła się tej sztuki. Metodą prób i błędów przelewała swoje myśli, emocje i gesty na papier, a ponieważ z żadnego swojego dzieła nie była wystarczająco zadowolona, wszystkie kończyły tak samo – zamienione w popiół. Ale w obecnej sytuacji pisanie listów było jedynym, co mogła zrobić.

niedziela, 3 listopada 2013

Zawsze wracasz do domu

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię".]
[Betowała Akira]



Blondwłosa dziewczyna niepewnie nacisnęła klamkę lekko drżącą dłonią. Nie spodziewała się, że powrót do „rodzinnego” domu po trzech latach spędzonych w Londynie przysporzy jej całej gamy dziwnych uczuć. Wciąż utrzymywała kontakt z siostrą, która zdawała jej relację z wydarzeń. Miała dzięki temu wrażenie, że była tu obecna. Z drugiej jednak strony, nie widziała przyjaciół przez tak długi okres, nie widziała tych wszystkich miejsc, w jakich miała zwyczaj spędzać czas. Pamiętała ich wygląd przez mgłę minionego czasu. Teraz wszystko wydawało jej się inne i dziwnie obce.
Parkiet zatrzeszczał ostrzegawczo pod naciskiem jej stóp. Młodej kobiecie, otoczonej ze wszystkich stron ciszą, na ten dźwięk przeszły ciarki po plecach. Kiedyś nie zwracała uwagi na takie drobiazgi. Teraz każdy bodziec – dźwięk, zapach, promyk światła – odczuwała mocniej, wyraźniej.

piątek, 1 listopada 2013

Inspiracja

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12".]
[Betowała Akira.]



        Kolejna zmięta kartka papieru, zapisana jedynie kilkoma zdaniami, wylądowała w kącie pokoju. Za oknem robiło się szaro, a wełniany koc na plecach wydawał się z każdą minutą coraz zimniejszy. Teraz nie chodziło już o to, żeby być kimś, a nawet nie żeby być sobą. Obecnie istotą wszystkich podejmowanych bardziej lub mniej świadomie działań było to, aby istnieć w ogóle. Bo w tej głuchej samotności jedynym dowodem na jej istnienie było robienie czegoś – czegokolwiek.
        Ostatnie dni były nawałem przeplatających się ze sobą telefonów i rwanych kartek. Nic nie szło po jej myśli, mimo że tak bardzo się starała, tak ciężko pracowała. Na co jej lata doświadczenia w tym przeklętym zawodzie, skoro teraz nie była w stanie sklecić sensownego akapitu? Słowa nie pasowały do siebie, przesłanie, jakiegokolwiek nie wymyśliła, wydawało się banalne i wręcz naiwne, a osoba w jej wieku nie mogła przecież pisać na tematy godne dziecka z gimnazjum.

wtorek, 3 września 2013

Podaj dalej

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię"]
[Betowała Akira]


            Alicja uwielbiała dwie rzeczy: książki i podróże pociągami. Niczego więcej nie potrzeba było jej do szczęścia. Już jako mała dziewczynka, zamiast o zabawki, prosiła mamę o książeczki z kolorowymi obrazkami i rymowanymi tekstami bajek. Potem, zamiast wymykać się z domu na imprezy, przesiadywała nocami nad książką. Często trzeba było wyłączyć jej światło, żeby zasnęła. Jeżeli nikt tego nie zrobił, potrafiła nie spać przez trzy noce, aby tylko dobrnąć do końca lektury. Przez to często była nieprzygotowana i spała na lekcjach. Zdarzało się, że nauczyciele dzwonili do jej domu ze skargą, a rodzice, nie mogąc zrozumieć powodu zachowania nastolatki, zachodzili w głowę, wymyślając najróżniejsze szlabany. Nigdy jednak nie przyszło im na myśl, by zabronić jej czytać.
            Z pociągami było podobnie – obdarzyła je miłością już jako mała dziewczynka. Często wyjeżdżała z rodzicami, kiedy ci zaplanowali urlop lub wyjazd służbowy. Zabierali ją ze sobą z różnych powodów. Czasem nie miał kto zostać z nią w domu, a czasami chcieli, by zobaczyła trochę świata. Dla dziewczyny oznaczało to wolne od szkoły i więcej czasu na czytanie. Poza tym uwielbiała konduktorski gwizdek, charakterystyczny dźwięk kół sunących po torach, wiatr we włosach, gdy otworzyło się okno. No i to właśnie pociągi zawsze zabierały ją w nowe, niesamowite miejsca.

środa, 31 lipca 2013

Inny wymiar

[Tekst napisany na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12".]
[Betowała Akira.]


Zwyczajni nastolatkowie wiodą zazwyczaj zwyczajne życie, zabarwione niekiedy wagarami, grą w piłkę albo grami komputerowymi. Adrian nie był wcale inny. Przeciętny w szkole, lubiany przez kolegów, bez jakichś wyjątkowych zdolności czy upodobań. Chłopak jakich wielu. Mieszkał w małej miejscowości, w rodzinnym domu. Stary budynek, nie remontowany od lat, z zewnątrz sprawiał wrażenie ruiny. Odpadający tynk, wyszczerbione schody i obdrapane drzwi jedynie dopełniały obrazu. W środku było trochę lepiej, bo ściany zostały niedawno pomalowane, a matka i babka dbały o porządek. Stare, masywne meble i liczne obrazki oraz zdjęcia na ścianach sprawiały, że wnętrza wydawały się przytulne i przyjazne dla przebywających w domu osobników. Zawsze pełno tu było ludzi. W tym niewielkim budynku mieszkały na stałe trzy pokolenia: babcia z dziadkiem, rodzice, siostra ojca wraz z mężem, on oraz jego trzy siostry. Często odwiedzający rodzinę sąsiedzi i znajomi wtapiali się w ten obraz, stając się w pewnym sensie częścią rodziny. Życie było tu proste i nudne.
            Może właśnie ta nuda i prostota zgubiły Adriana. Od dawna nie mógł się odnaleźć wśród przewijających się nieustannie przez pomieszczenia ludzi. Myśleli inaczej niż on, zachowywali się inaczej, lubili inne rzeczy. Nastolatek szukał swojego miejsca w domu, w szkole, w piłkarskiej drużynie, w grupie rówieśników, ale nigdzie nie czuł się na tyle pewnie i swobodnie, aby zatrzymać się tam na dłużej.
Już w wieku siedmiu lat starszy kuzyn, chociaż nikt tak naprawdę nie wiedział, jakie pokrewieństwo ich łączyło i czy w ogóle – chłopak mógł być równie dobrze synem znajomej ciotki Adriana – pokazał mu magię wirtualnego świata. Wyścigi, strzelanki i gry strategiczne zapewniały ekscytujące przeżycia bez wychodzenia z domu. Wtedy, gdy był jeszcze małym chłopcem, to była tylko zabawa. Dwie godziny spędzone na zabijaniu ogrów a potem kolacja, kąpiel i bajka przed snem. Dopiero gdy zaczął dorastać, dwie godziny przestały wystarczać. Kolorowy ekran przyciągał coraz bardziej. Wygranie wyścigu okazywało się ważniejsze od zadań z matematyki, uśmiercenie stu żołnierzy pilniejsze niż sprawdzian z biologii, zbudowanie fortecy bardziej atrakcyjne niż wycieczka rowerowa z kolegami. Ale na tym nie stanęło. Z dnia na dzień coraz więcej czasu spędzał w innym wymiarze.
Pewnego dnia wstał wyjątkowo wcześnie. Do lekcji pozostały trzy godziny, więc dlaczego nie zalogować się na portal z najnowszą grą, w którą tak świetnie mu szło przez ostatni tydzień? Uciążliwe burczenie w brzuchu zawsze może poczekać kilka minut. Wpisanie loginu i hasła zajęło kilka sekund. Przed oczami pojawił się zupełnie inny, wirtualny świat. Wołanie na śniadanie przebijało się przez odgłosy dochodzące ze słuchawek, ale nie dotarło do zajętego grą umysłu. Kolorowy awatar przypominający trochę człowieka, trochę kota, zmierzał ku spiżarni. Pukanie i dźwięk otwieranych drzwi zmusiły do odwrócenia głowy, ale żadna inna reakcja nie nastąpiła. Mętne oczy obiegły postać matki, kreując wizerunek niekształtnego stwora, po czym powróciły na poprzednie stanowisko. Zrezygnowana kobieta opuściła pomieszczenie. Animowany stworek zdobył w spiżarni woreczek z punktami energii. Podskoczył radośnie, niczym dziecko, które dostało lizaka. Ssanie w żołądku ustało.
Krzyk matki, że spóźni się do szkoły, wydawał się jeszcze słabszy od tego wzywającego na posiłek. Zaniepokojona rodzicielka po raz kolejny weszła do pokoju. Tym razem podeszła do biurka, przy którym siedział chłopak i szarpnęła go za ramię, chcąc zwrócić na siebie uwagę. Nastolatek tylko potrząsną ramieniem, starając się w ten sposób odgonić intruza. Niezrażona niczym postać, o pomarszczonej i wykrzywionej twarzy, szarpnęła za kabel, zrywając z głowy syna słuchawki. Krzyczała coś o szkole, lekcjach, sprawdzianie. Adrian nie był pewien. Wiedział, że teraz musi porozmawiać z wilkołakiem z sąsiedniej wioski, nim rozpęta się bitwa. Odruchowo wyrzucił dłonie zaciśnięte w pięści do góry, trafiając prosto w matczyny nos. Nie zwrócił uwagi na rozlegający się za nim syk. Zdezorientowana z początku kobieta po chwili odzyskała świadomość i pojęła, co się właśnie stało. Syn jak gdyby nic, nałożył powrotem słuchawki, nie odrywając oczu od ekranu. Przerażona rodzicielka wyszła z pokoju, zamykając za sobą drzwi. Potem wiele godzin przepłakała, ale nikomu nie powiedziała o incydencie.
Adrian nie poszedł do szkoły. Następny dzień też przesiedział. I jeszcze następny. Rozmawiał ze znajomymi z sąsiednich osad, walczył z bandą ogrów, które napadły na jego wioskę pewnej nocy, żywił się punktami energii i zdobywał odznaki nowych umiejętności. Bił się, planował ataki, bronił zapasów, podpisywał sojusze ze sprzymierzeńcami.
Pewnej nocy odwiedziła go mała, różowowłosa postać. Stanęli naprzeciwko siebie i wpatrywali się w swoje oczy. Spojrzała na jego zielone włosy z rozbawieniem, a później wspięła się na palce i z czułością podrapała go za uchem. Otrząsnął się, jakby właśnie po plecach przebiegł mu dreszcz.
– Kim jesteś? – zapytał oschłym i agresywnym głosem. Był nieufny, widząc w przybyszu wroga. Zwłaszcza, że teraz był osłabiony i musiał się zregenerować.
            Kobieta pokręciła z niedowierzaniem głową, patrząc na wychudzonego chłopaka z przekrwionymi, podkrążonymi oczami. Od tygodnia nie wyszedł z pokoju. Jadł i pił niewiele i tylko, jeżeli podstawiło mu się pod nos. Czasem nawet mimo tego nie ruszył przygotowanych potraw. „Jestem twoją matką” przebiegło przez jej myśli. Zaraz potem zapytała, bardziej siebie niż syna, co ze sobą zrobił. Ubrany w stary dres i powyciągany podkoszulek, którego nie zmieniał od tygodnia, wyglądał jak siedem nieszczęść. Z pokoju wydobywały się nieprzyjemne zapachy, których pochodzenia kobieta wolała nie znać. Czasem udało jej się tu przewietrzyć, bo o wpuszczeniu światła nie było mowy. Kochała go, ale stawał się coraz bardziej agresywny. Kilka razy szarpnął ją lub uderzył. Męża nie było w domu. Nie wiedziała, jak poradzić sobie z problemem.
            Któregoś dnia przygotowywała obiad, gdy usłyszała dziwny łoskot. Od razu skierowała się do pokoju swojego dziecka. Chłopak leżał na ziemi, nieprzytomny, z rozciętą głową. Na krawędzi biurka były świeże ślady krwi. Słuchawki zsunęły się na szyję Adriana i przekrzywiły nienaturalnie. Kabel wyrwany został z gniazda, przez co z głośników dochodziły dźwięki jęków i uderzeń – dźwięki wciąż toczącej się bitwy.
            Przerażona wezwała pogotowie. Dotarło do niej, że to nie może trwać w nieskończoność. Karetka przybyła piętnaście minut później. Zabrali chłopaka do szpitala. W drodze wypytywali kobietę o wszystko, co miało związek ze stanem chłopaka, ale ta była w szoku i nie była w stanie wydusić z siebie słowa.
            W głowie mu wirowało. Postać niskiej, różowowłosej elfki przewijała się przed oczami. Za uchem czuł dotyk jej ciepłej dłoni. Adrian już się nie bał. Już nie był wrogo nastawiony. Ten dotyk go uspokajał, koił ból, który rozchodził się po każdej części jego ciała.
            Dopiero rozmowa z psychologiem pozwoliła przerażonej matce na powiedzenie na głos tego wszystkiego, co działo się w jej domu. Dopiero wtedy zrozumiała, w jakim niebezpieczeństwie był jej syn. Wygłodzony na własną prośbę, osłabiony, z anemią i uzależnieniem, które mogło go w każdej chwili zabić. Jak to się stało, że nikt z domowników wcześniej nie reagował? Matka zadawała sobie to pytanie, lekarze również je zadawali, ale odpowiedź nie nadchodziła.
            Jeszcze w tym samym tygodniu, kiedy Adrian w szpitalnym łóżku nabierał sił i majaczył o planowaniu kolejnej bitwy, rodzice podpisali dokumenty. Nie zobaczą go przez następne pół roku, ale uratują mu życie. To było najważniejsze.
            Chłopak nie wiedział, co się dzieje. Nie rozumiał, gdzie jest i dokąd go zabierają. Czuł jedynie dotyk różowowłosej za uchem i wiedział, że wszystko się ułoży.

środa, 3 lipca 2013

Puste kieszenie 2/2

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12]
[Betowała Akira.]


        Dziewczynka sprzed czterech lat do domu nie wróciła już nigdy. Noemi dobrze pamiętała, jak jej sąsiadka razem z bratem kręciła się po okolicy przez kilka dni. W końcu policja zwróciła na nich uwagę i zaczęła węszyć. Szybko odkryli, że matka zmarła w skutek pobicia, a ojciec siedzi w więzieniu i szybko z niego nie wyjdzie. Rodzeństwo trafiło do sierocińca, potem ich rozdzielili. Rodziny zastępcze okazywały się za każdym razem gorsze, co w przypadku nastolatki zazwyczaj kończyło się ucieczką z domu. Dziewczyna wplątała się w sprawy jakiegoś ulicznego gangu i nie dożyła nawet szesnastki. Po okolicy krążyły różne plotki. Jedni twierdzili, że zaćpała się na śmierć, inni, że zginęła w strzelaninie, a jeszcze inni, że zaczęła się sprzedawać i udusił ją jeden z klientów. Jeżeli chodzi o chłopca, nikt nie jest do końca pewien, co się z nim stało. Przechodził z rodziny do rodziny i prawdopodobnie został w jednej z nich. Wiadomo jedynie, że sprawiał wiele problemów. A to był agresywny, a to bał się wszystkiego, co go otaczało. Nikt nie wróżył mu świetlanej przyszłości.

wtorek, 2 lipca 2013

Puste kieszenie 1/2

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12".]
[Betowała Akira.]


        Czarne trampki dawno już wyblakły, a sznurówki były szare od ulicznego kurzu. Materiał starych dżinsów przedarł się poniżej kolana. Nie było sensu zaszywać – to nie pierwsza i nie ostatnia dziura. Powyciągane rękawy zniszczonej bluzy zakrywały dłonie. Dzięki temu było cieplej, kiedy zrywał się chłodny, jesienny wiatr. Kosmyki włosów, poplątane i nieujarzmione, niechlujnie opadały na twarz. Powinna coś z nimi zrobić, ale grube, kręcone loki ciężko było rozczesać grzebieniem, któremu brakowało połowy ząbków. Cera była blada, ale zdrowa, czerwone usta zawsze uśmiechnięte, a w niemal czarnych jak węgielki oczach szalały żywe iskierki. Cały ten słodko-gorzki obraz sprawiał, że nie było się pewnym, czy lubi się dziewczynę, czy może tylko toleruje z konieczności. Nie powinna być taka wesoła i pełna życia, skoro wyglądała na kogoś, kto noce spędza w przytułku dla bezdomnych.

środa, 22 maja 2013

Pół dorosłości


[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12".]
[Betowała Akira.]

        Wiosna zawitała w mieście dopiero dwa tygodnie temu. Była końcówka kwietnia i wszyscy mieli już dość szczypiącego w policzki mrozu oraz przejmującego wiatru. Ludzie tęsknili za wiosennym słońcem, rześkim powietrzem i zapachem ciepłego deszczu, dlatego pierwsze oznaki cieplejszej pory roku powodowały westchnienia ulgi u większości mieszkańców. Minęło kilkanaście dni, a po śnieżnych zaspach nie było ani śladu. Świat spowiła soczysta zieleń, temperatury sięgały trzydziestu stopni, delikatny wiaterek lekko orzeźwiał, a promienie już letniego słońca pieściły przyjemnie ludzkie twarze.
        Uruchomiono miejską fontannę, masywną, z czarnego marmuru, przypominającą orki w tańcu godowym. Ten kształt nie pasował ani do otoczenia, ani do miasta położonego z dala od miejsc występowania wodnych ssaków, a nawet jakichkolwiek zbiorników, w których cokolwiek mogłoby pływać. Fontanna była jedynym zbiornikiem wodnym w promieniu pięćdziesięciu kilometrów. Nie była też ładna ani nie miała żadnego symbolicznego znaczenia. Mieszkańcy miasta zdawali się tym jednak nie przejmować. Woda ożywiała obraz niewielkiego zielonego skwerku. Słońce odbijało się w jej kropelkach, rozdzielając się na tysiące małych słoneczek, z których wszystkie świeciły tak mocno, jakby robiły to dla jakiejś jedynej w swoim rodzaju, wyjątkowej osoby. Wiatr roznosił te słoneczka dalej, niż sięgała fontanna. Rzucał je na kręcone, rude włosy, blade twarze, dżinsowe spodnie, rozdając w ten sposób trochę przyjemności i uśmiechu przechodniom.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Studnia śmierci


[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12"]

        Ciemność, zamknięte oczy, spokojny oddech. Nic więcej nie istnieje, poza momentem, w którym rzeczywistość staje się nierzeczywista.
*** 
        Stąpa bosymi stopami po przegniłej trawie, przeplatającej się z kłującymi gałązkami z pobliskich drzew. Stare, ogołocone z liści, masywne dęby otaczają polanę, rzucając na nią złowrogie cienie. Brnie w deszczu, ku otwartej przestrzeni, rozciągającej się między drewnianymi posągami natury. Wydaje się być w amoku. Nie zwraca uwagi na uderzające w niego z coraz większą siłą krople. Kosmyki czarnych, kręconych włosów rozprostowują się pod ciężarem wody, przyklejają do czoła, policzków, szyi. Grafitowe spodenki coraz bardziej opinają małe, wychudzone uda i pośladki. Materiał zbyt dużej, powyciąganej i dziurawej koszulki plącze się między nogami, a jego dotyk na plecach wywołuje dreszcze. Nieprzyjemne uczucie jest jednak ignorowane. Na młodej, ale zmęczonej twarzy nie pojawia się nawet cień grymasu. Puste oczy wciąż patrzą przed siebie, a nogi automatycznie omijają liczne przeszkody w postaci wystających korzeni.

piątek, 1 marca 2013

"Na dachu"

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12"]
[Betowała Akira.]


            Czy ktokolwiek zastanawiał się kiedyś, dlaczego kot wyleguje się na dachu? Przesiaduje tam całymi dniami. Z wyższością patrzy z góry, a potem zwraca twarz do słońca, aby promienie lepiej go ogrzewały. Leniwie wyciąga łapy, pręży kręgosłup, po czym zwija się w kłębek i zasypia. Ale dlaczego na dachu?
            Obserwowałam kota długo, ale nie potrafiłam zrozumieć. Wdrapywał się tam rano i w bezczynności trwał niemal cały dzień. Dopiero wieczorem, gdy powietrze robiło się chłodne, a zimny wiatr mierzwił futerko, kot, oburzony takim obrotem spraw, niechętnie otwierał oczy, wstawał, rozglądał się i, przeciągając się w międzyczasie, zeskakiwał na ziemię. Chociaż „zeskakiwał” nie jest to dobrym określeniem. Zwierzę leniwie człapało wzdłuż południowej krawędzi dachu. Dalej trasa prowadziła przez wysoką stertę siana, nie na tyle jednak wysoką, aby kot mógł bez problemu postawić na niej łapy. Kończyła się o niecałe pół metra za nisko. W dodatku była miękka i grube łapy zapadały się w niej głęboko. Te dwie rzeczy powodowały, że, gdy krawędź dachu się kończyła, kolejny krok stawiany był w powietrzu. Skutkowało to utratą równowagi, a lądowanie na zbyt miękkiej powierzchni tylko pogarszało sprawę. Kotu plątały się łapki i niezdarnie turlał się w dół, wprost na błotniste podłoże. Kiedy już zebrał się z ziemi, jeszcze bardziej niezadowolony niż wcześniej, człapał do wiklinowego kosza ustawionego w rogu podwórka pomiędzy szopą a komórką na narzędzia. Tam wtulał się w koce, którymi kosz był wyłożony, oddawał się długiej toalecie, po czym ponownie zapadał w głęboki sen.

piątek, 1 lutego 2013

"Zwyczajny dzień"

[Tekst na akcję "Piszę, bo lubię, czyli 12/12"]
[Betowała Akira]




            Znowu obudziła się za późno. Budzik nie zadzwonił, a może wyłączyła go i nie pamięta. Często jej się to zdarza, kiedy śpi o kilka godzin za krótko i znajduje się gdzieś pomiędzy rzeczywistością a podświadomymi marzeniami. Ledwo otwiera oczy, niechętnie spoglądając na tarczę naściennego zegara. Piąta trzydzieści jest dla niej jak środek nocy. Nieskoordynowane ruchy wytrącają dziewczynę z równowagi. Czynności wykonuje w nielogicznej kolejności, tracąc przy tym jeszcze więcej tak cennego czasu. Nie została stworzona do tak wczesnych pobudek.
            Niechętnie siada na łóżku i przeciera palcami zaspane oczy. Chwila zawahania – żeby tylko nie stanąć najpierw lewą stopą. To by była katastrofa – dzień jeszcze gorszy niż ten, który ją czeka. Nakłada na nogi kapcie i udaje się do łazienki. Przemywa twarz lodowatą wodą, żeby otrzeźwić trochę zmysły. Jednak następujący po tym gorący prysznic i słodki, cynamonowy zapach żelu przynoszą odwrotny skutek. Nie pragnie teraz nic innego, niż przytulić głowę do mięciutkiej poduszki. Niestety, ta przyjemność jej nie spotka.
            Nie ma czasu na prawdziwe śniadanie. Chwyta jogurt z lodówki i, dosypując w biegu tropikalne musli, je, nie przysiadając nawet na moment. Z posiłkiem w ręku i łyżeczką utkwioną między wargami stara się spakować torbę, ale, jak na złość, teczka z dokumentami otwiera się i kartki rozsypują się po całym pokoju. Klnie siarczyście, odstawiając kubeczek z jedzeniem, i zbiera papierzyska. Kiedy już jej się to udaje, wpycha wszystko do torebki, nie zważając na pozaginane rogi stron. Zasuwając zamek, przytrzaskuje nim podszewkę. Chwilę zajmuje naprawienie błędu.

piątek, 7 grudnia 2012

"Mikołaj jest też dla dorosłych"

Tekst nie był planowany, ale jest wynikiem mikołajkowego natchnienia. Taki mały prezent ode mnie. Mam nadzieję, że przypadnie wam do gustu.

[Betowały Lily i Akira.]

***



– Mikołaj? Mikołaj jest tylko dla małych dzieci! – powiedziała Emilia, patrząc na siedemnastoletnią córkę z dezaprobatą. – Nie zachowuj się jak rozpieszczony bachor!
            Laura nie lubiła, kiedy matka podnosiła na nią głos. Czuła się wtedy taka bezradna i słaba. Pytanie o mikołajkowe prezenty miało być porannym żartem, takim dla rozluźnienia atmosfery. Ostatnio za dużo było między nimi spięć i niepotrzebnych konfliktów z błahych powodów. Pragnęła to zmienić. Niestety, po raz kolejny przekonała się, że dobre chęci tylko jednej ze stron nigdy nie wystarczą, aby w domu zapanował spokój.
            Spojrzała zrezygnowana na kobietę, która po raz kolejny zatopiła wzrok w stercie dokumentów. Nie rozumiała, dlaczego pracuje bez przerwy, chociaż wcale nie musi. Przynosiła do domu góry dokumentów, które powinni uzupełniać jej pracownicy. Miała od tego księgowych, pracowników w kadrach, prawników, których zadaniem było przygotowywanie umów, sprawdzanie kontraktów, robienie zestawień. Od zawsze jednak to matka wykonywała ich pracę i jeszcze im za to płaciła.
Kiedy Laura miała pięć lat, lubiła bawić się w dom. Siadała przy plastikowym, zielonym stoliku i przekładała kartki z rysunkami, zerkając co chwilę na matkę i sprawdzając, czy przyjęła odpowiednią pozycję. Potem rysowała i znów przekładała kartki. Taka zabawa trwała godzinami. Podobnie było w mikołajki.
Dziewczynka wyjęła blok rysunkowy z szafki, po czym, siadając przy swoim stoliku, wyrwała je wszystkie po kolei. Wzięła czarny flamaster i zaczęła rysować szlaczki. Po chwili zreflektowała się i wyprężyła kręgosłup, unosząc podbródek do góry. Spojrzała na matkę kątem oka, uśmiechając się delikatnie. Stwierdziła, że przyjęła wystarczająco dostojną postawę i powróciła do poprzedniego zajęcia, pilnując jednak, aby nie pochylać się za bardzo nad stolikiem.
Po dwóch godzinach zabawy – rysowania szlaczków – całe jej ciało było zdrętwiałe. Dziecko nie mogło pojąć, jak rodzicielka wytrzymuje tę torturę całymi dniami. Nagle Laura przypomniała sobie wczorajszą rozmowę z przedszkola.
– Mamo? – zaczęła nieśmiało. Wiedziała, że kobieta nie znosi, kiedy przeszkadza się jej w pracy, ale koniecznie chciała się czegoś dowiedzieć.
– Tak? – zapytała Emilia, nie odrywając wzroku od czternastego punktu umowy.
– Dlaczego Mikołaj nie przynosi mi prezentów? Inne dzieci w przedszkolu co roku chwalą się zabawkami i słodyczami. Ja nigdy nic od niego nie dostałam. Pani mówi, że tylko grzeczne dzieci dostają zabawki, a te niegrzeczne – rózgi. Ja się bardzo starałam, żeby być grzeczna, ale i tak nic nie dostałam. Czy jestem niegrzeczna? A może Mikołaj o mnie zapomniał, bo przecież rózgi też mi nie przyniósł. – Matka, zdziwiona takim wywodem, spojrzała na swoje dziecko.
– Nie jesteś niegrzeczna, a Mikołaj nie istnieje – odpowiedziała pozbawionym emocji głosem. – To tylko taka bajka, którą rodzice opowiadają dzieciom. Prezenty kupują rodzice, a nie żaden Mikołaj. Tylko małe dzieci wierzą w takie rzeczy. Ty już jesteś dużą, mądrą dziewczynką. Nie powinnaś wierzyć w takie bzdury. – Ponownie odwróciła się do biurka i pogrążyła w pracy.
            Laura podreptała do swojego pokoju, a po jej policzkach popłynęły łzy. Dziewczynka nie chciała wcale być duża ani mądra. Chciała dostać od Mikołaja lalkę i czekoladę. Nie rozumiała, dlaczego Święty o niej zapomniał.
            Nastolatka pokręciła głową z niedowierzaniem, kiedy przypomniała sobie tamtą chwilę. Teraz nie liczyła już nawet na śniadanie od matki, a co dopiero mówić o prezentach mikołajkowych. Przecież była duża i mądra, mogła sama o siebie zadbać.
            Czerwone czapki z pomponami były wszędzie. W szkole, w autobusie, na ulicy, w sklepach. Mikołajkowe szaleństwo opanowało całe miasto, co działało dziewczynie na nerwy. Nawet w restauracji grało radio, w którym na okrągło leciały świąteczne, wesołe piosenki.
            Laura nie znosiła świąt, prezentów, śniegu i całego tego szaleństwa. Nie mogła się już doczekać, aż to wszystko się skończy. I wcale nie chodziło o to, że prezenty uważała za coś złego. Gdzieś w jej podświadomości zapisany był fakt, że czas prezentów, jest dla niej okresem wstydu, kpin i wyśmiewania. Tak zawsze traktowali ją rówieśnicy, kiedy mówiła, że nie dostała nic od Mikołaja. Teraz, w liceum, nie miało to żadnego znaczenia, ale i tak ten okres źle się jej kojarzył.
            Upiła łyk gorącej czekolady. Słodki płyn przyjemnie rozgrzewał ją od środka. Mahoniowe meble restauracji wraz z czerwonymi obrusami i ciemno-zielonymi ścianami tworzyły przytulny, ciepły klimat. Dziewczyna musiała przyznać, choć przyszło jej to z trudem, że mogłaby polubić tę całą świąteczną atmosferę, gdyby nie przeżywała jej w samotności. Teraz wydawało się być za późno. Lata spędzone przy wciąż pracującej matce zrobiły swoje. Nie potrafiła cieszyć się nastrojem, który w rodzinnym domu był skutecznie zabijany. Chociaż na zapach goździków i cynamonu instynktownie  się uśmiechała, nie była w stanie powiedzieć do nikogo „wesołych świąt”.
            Nie siedziała w kawiarni bez przyczyny. Czekała na Kubę. Jej pierwszy związek miał się całkiem nieźle. Byli parą od półtora roku. Nie nudzili się ze sobą. Nie brakowało im tematów do rozmów ani pomysłów na spędzanie razem czasu. Chłopak odkrywał w niej wciąż coś nowego, poznawał od strony, której nie miał okazji poznać nikt inny. Wciąż go czymś zaskakiwała. On nie pozostawał jej dłużny.
            Wszedł do lokalu w czarnej, flauszowej kurtce, opleciony długim, czerwonym szalikiem. Czarne włosy ukryte były pod mikołajkową czapką. Dziewczyna uśmiechnęła się na ten widok. Było mu do twarzy w tym stroju. Przytulili się i pocałowali delikatnie na powitanie, po czym Kuba zajął miejsce naprzeciw swojej partnerki.
– Wiesz, że nie znoszę świąt, a tym bardziej Świętego Mikołaja – powiedziała rozbawiona, ściągając czapkę z głowy nastolatka, aby bliżej się jej przyjrzeć.
– Wiem, ale mam dla ciebie niespodziankę.
            Okazało się, że rodzice chłopaka wyjechali na dwa tygodnie i zostawili mu puste mieszkanie. Pozwolili zaprosić do siebie Laurę na tak długo, jak tylko chce.
            Wieczór minął im na oglądaniu filmów, rozmowach i żartach. Nigdy nie mieli dość swojego towarzystwa i byli pewni, że tak pozostanie już na zawsze. Dochodziła pierwsza w nocy, kiedy kolejna komedia dobiegła końca. Laura leżała z głową na piersi chłopaka i ręką oplatającą jego talię. On obejmował ją ramieniem, a drugą ręką bawił się kosmykiem jej włosów. Oczy same im się zamykały.
– Jest coś jeszcze, co chciałbym ci podarować – powiedział chłopak, nim oczy dziewczyny zamknęły się na dobre.
Wręczył jej średniej wielkości pudło zapakowane w ozdobny papier. Dziewczyna nie mogła uwierzyć, że to dla niej. Delikatnie odwijała papier, nie chcąc go zniszczyć. Kiedy już udało się otworzyć pudełko, wstrzymała oddech z wrażenia. W pudełku leżała śliczna, porcelanowa lalka z długimi blond włosami, bladą cerą i rumianymi policzkami, a zaraz obok ogromna tabliczka mlecznej czekolady.
– Kuba, ona jest prześliczna – powiedziała zachwycona, tuląc do siebie zabawkę. – Dziękuję!
– Nie ma za co. To, żebyś pamiętała, że Mikołaj jest też dla dorosłych – odparł, całując ukochaną w czoło i przytulając do ciebie. Był od niej wyższy, a jego ramiona dawały jej poczucie bezpieczeństwa.
– Śpij już – powiedział, wyłączając telewizor. – Dobranoc.
– Jesteś najlepszym mikołajkowym prezentem – wyszeptała, mocniej wtulając się w jego ciało. Po chwili oboje już spali.

środa, 31 października 2012

Czerwone serwetki



[Betowała Lily i Akira.]

***
            Adaline siedzi przy stoliku jednej z restauracji. Lokal nie jest niczym niezwykłym. Lada, stoliki, okienko, do którego należy odstawić naczynia po zakończonym posiłku, zamknięte drzwi, w których co jakiś czas znikają zabiegani kelnerzy. Te ostatnie prowadzą zapewne do kuchni, ale nikt nie może być pewien, czy po drugiej stronie nie znajduje się inny świat. Bo przecież mógł się znajdować. W takim świecie kelner okazywałby się szlachcicem, który w wielkiej jadalni swojego pałacu przyjmuje dostojnych gości. I to właśnie jemu usługiwałaby liczna służba i od niego odbieranoby zamówienia. On nie musiałby niczego skrzętnie notować na białych kartkach niewielkiego, służbowego notesu. Nie martwiłby się też, że ołówek, wcale nie służbowy, bo sieć oszczędzała jak tylko mogła, złamie się w połowie słowa, a on nie będzie miał temperówki i nie wykona swojej pracy.  To inni by się martwili,  żeby dobrze zapamiętać jego zachcianki, bo oszczędzałby nie tylko na ołówkach, ale na notesach także. Od czego w końcu służba ma głowę? Nie po to płaci się za ludzi, żeby jeszcze musieć płacić za rzeczy, które przy odrobinie wysiłku są zupełnie zbędne. Co z tego, że czasem dostanie się kurczaka w sosie miętowym, zamiast królika w żurawinie.

poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Zapomniałam już...

Opowiedanie o tematyce femslash (związek dwóch kobiet) 18+.
[Betowała Lily i Akira.]
__________
        

       

            Zapomniałam już, dlaczego tu stoję. Na pustej ulicy, naprzeciwko jej okna. Jak co wieczór wyszłam z domu, aby ją odwiedzić. Zawsze mam jakiś powód, aby znaleźć się w progu jej drzwi, zadać pytanie, poprosić o pomoc. Kiedy jednak docieram do tego miejsca, wszystkie przyczyny, które mną kierowały, przestają mieć znaczenie. Nierówny asfalt, pod stopami w butach o cienkiej podeszwie, wydaje się falować i powoli spychać moje nieświadome ciało w kierunku wejścia do budynku. Wciąż obce mury, które wywołują we mnie niepewność, zbliżają się nieuchronnie. Uniesiona dłoń przed moimi oczami, zupełnie jak na ekranie kina, wydaje się tak odległa, choć należy do mnie. Nie panuję nad jej ruchem. Ciało spina się, umysł próbuje protestować, ale ona nie słucha. Stanowczo wciska dzwonek i przytrzymuje dłużej niż to konieczne.

środa, 27 czerwca 2012

Jedna noc w piekle

[Betowała Lily i Akira.]
***


            Wieczór zaczął się lekkim wiatrem i błyskiem pierwszych gwiazd. Niewinny, jesienny krajobraz za oknem nie zwiastował żadnej z tych rzeczy, jakie miały nadejść w najbliższych godzinach. Różowa poświata wokół zachodzącego słońca koiła zmęczony umysł, pozostawiając odrobinę złudzenia, że noc nie nadejdzie, a przynajmniej, że wyrok cierpienia i bólu zostanie odroczony, chociaż o kilka minut.
Pierwsze ciemne chmury i huk piorunów obdarły mnie ze złudzeń i rozszarpały ledwie zabliźnione przez dzień rany serca – zszarganego miłością i nienawiścią jednocześnie. Dlaczego nie przychodzi, gdy śpię? Dlaczego nie pozwoli mi pozostać w nieświadomości mojego własnego nieszczęścia? Dlaczego nie ostrzegł mnie wcześniej, jak okrutne będą konsekwencje? Nigdy nie odważę się o to zapytać. Nawet jeżeli całkiem opadnę z sił. Nawet jeśli całkiem opadnę z sił. Leżąc na posadzce w kałuży własnej dumy, niezależności i uczuć, bezradnie uniosę głowę i spojrzę mu po raz ostatni w oczy. Gdybym zapytała, i tak nie otrzymałabym odpowiedzi a jedynie namiastkę szyderczego uśmiechu, jaką jest w stanie z siebie wykrzesać w przypływie człowieczeństwa.

poniedziałek, 28 maja 2012

Pierwszy i... nie ostatni.


Ok, znów one-shot, znów TWINCEST, tylko, że tym razem BARDZO 18+, więc jak ktoś nie lubi, niech nie czyta. Przypominam, że to tylko opowiadanie i z rzeczywistością nie ma nic wspólnego. :)
[Betowała Akira.]
_____________________________________________

            Zawsze byliśmy blisko. To było dla nas coś wyjątkowego, oczywistego. Mieliśmy to od zawsze. Mieliśmy siebie. Byliśmy jednością i nic nigdy nie mogło nas rozdzielić. Żaden z nas nie wyobrażał sobie życia bez tego drugiego. Bliźniacza więź jest nierozerwalna.

            Nie nudziliśmy się w weekendy. Tom był „popularny” w szkole, więc zapraszali go na wszystkie imprezy, a niepisana zasada była taka, że gdzie on, tam i ja. Na początku szkoły wszyscy się ze mnie śmiali, bo się malowałem i przypominałem dziewczynę. Nie raz słyszałem komentarze typu „pedał”, ale nie zwracałem na nie uwagi. Z czasem wszyscy przyzwyczaili się do mojej obecności. Jedni przestali zwracać na mnie uwagę, inni nawet polubili.
Na imprezach lubiłem świrować, więc w końcu zaczęli zapraszać i mnie, bo było zabawniej. Kiedy byłem pijany, potrafiłem tańczyć na stole, śpiewać, biegając po osiedlu, a nawet robić striptiz. Wszyscy się śmiali i była dobra zabawa.
Jeszcze zabawniej było, jak udawało mi się upić Toma na tyle, że nie do końca wiedział, co robi. Często wtedy tańczyliśmy razem w nie do końca „braterski” sposób, a czasem się całowaliśmy. To zabawne, że kiedy jakimś cudem Tom rano sobie wszystko przypominał, zawsze miał kaca moralnego, a ja, chociaż piłem więcej niż on, pamiętałem każdą taką noc i niczego nie żałowałem. Rozśmieszało mnie, kiedy po południu przychodził i po raz setny przepraszał za swoje „karygodne i niestosowne” zachowanie wobec mnie. Tłumaczyłem mu wtedy jak dziecku, że nie mam mu tego za złe i nie zrobił nic, za co mógłbym go znienawidzić. Sam prowokowałem takie sytuacje i jedynym powodem, dla którego w pewien sposób żałowałem, były wyrzuty sumienia brata. Nie lubiłem, kiedy się smucił, a zdarzało się, że męczył się z tymi myślami przez kilka dni.

 Nadszedł kolejny piątek, co oznaczało, że czas na kolejną imprezę. Jeden ze szkolnych VIP-ów robił parapetówkę w swojej willi, więc nie mogło nas tam zabraknąć. Muszę przyznać, że Tom nieźle się odstawił. Gdyby nie to, że jest moim bratem… Chwila! Stop! On nim jest! Ale właściwie to od kiedy mi to przeszkadza? Podszedłem do niego, kiedy przeglądał się w lustrze i poprawiał czapkę.
– Seksownie wyglądasz, Tomi – wyszeptałem mu prosto do ucha.
– Yyy…dzięki, ale chyba nie piłeś jeszcze nic odurzającego.
– To już nie mogę na trzeźwo powiedzieć bratu komplementu? – odpowiedziałem oburzony.
– Tonem jakbyś miał ochotę się na mnie rzucić i zgwałcić? Nie, ja ci takiego prawa nie daję.
– No wiesz co? A już myślałem, że się zabawimy.
– Seks jest dobry po imprezie, a nie przed. Powinieneś to wiedzieć, braciszku.
– Będę pamiętał. – Pociągnąłem brata za rękę w stronę drzwi. Modnie się spóźnić to fajna sprawa, ale jak ktoś przychodzi w połowie zabawy, to zostaje wysłany po dodatkowy prowiant, a ja nie mam zamiaru włóczyć się po sklepach.
           
            Impreza się rozkręcała. Głośna muzyka, litry alkoholu i tłum ludzi. To wszystko sprawiało, że człowiek tracił wszelkie zahamowania. Podałem bratu kolejnego drinka, bo po naszej rozmowie w domu nie mógł się wyluzować.
– Chcesz mnie upić? – zapytał naiwnie dziecięcym głosem.
– Nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Pocałowałbyś chłopaka?
– Nie! Fuj!
– Czyli jeszcze trochę ci brakuje do stanu całkowitego upojenia.
            Tak, to było moje pytanie kontrolne. Kiedy był już nieźle wstawiony, ujawniała się jego biseksualna natura, której na trzeźwo uparcie zaprzeczał. Nie przeszkadzało mu wtedy, że ktoś był tej samej płci.
            Pół godziny później mój brat szalał na parkiecie, a ja grałem z chłopakami w karty.
– Może mi ktoś przypomnieć, dlaczego gram w grę, której zasad nie znam?
– Jesteś pijany i masz ochotę zrobić coś głupiego. Dlatego właśnie wybierasz wyzwanie.
– Może masz rację.
– Jak przegrasz tę kolejkę, wymyślimy ci coś ciekawego.
– Wierzę ci na słowo.
            W takiej sytuacji wynik kolejki był nieunikniony. Musiałby stać się cud, żebym nagle zrozumiał, o co chodzi i wygrał, a przynajmniej nie był ostatni.
– Bill, robiłeś już wiele dziwnych rzeczy. Tym razem to musi być coś naprawdę dużego.
– Chyba mam pomysł – powiedział jeden z chłopaków grających razem z nimi. – Kochasz swojego braciszka, prawda?
– Pewnie, że tak – odpowiedziałem bez namysłu.
– Więc pokaż nam, jak bardzo. Kochaj się z nim na naszych oczach.
– Masz rację, to spore wyzwanie. Ale nie bójcie się, dam radę – powiedziałem dumnie.
Nie wiem, czy byłem aż tak wstawiony, że nie wiedziałem, co robię, czy zwyczajnie miałem na niego ochotę. Wszyscy wiedzieli, że jestem w stanie to zrobić, zwłaszcza po alkoholu. Nie miałem żadnych skrupułów. Wstałem z podłogi, na której graliśmy i podszedłem do tańczącego brata.
– Dawaj, Bill! – Usłyszałem dopingujące głosy gdzieś za plecami.
– Hej, kotku! – wyszeptałem mu wprost do ucha, obejmując go w talii. – Zabawimy się?
– Ahh… – jęknął, kiedy ułożyłem dłoń na jego kroczu. – Tutaj? – zapytał, odwracając głowę, a po jego zamglonych oczach poznałem, że nie ma bladego pojęcia, kim jestem ja, kim jest on i co mu właśnie zaproponowałem.
– Tak, tu i teraz. Chcę cię całego dla siebie. – Rozpiąłem mu rozporek. – Choć na kanapę.
            Zbliżając się do kanapy, czułem na sobie wzrok chłopaków. Popchnąłem brata na mebel i pocałowałem namiętnie. Rozebrałem jego, a później siebie. Nie przeszkadzała mi ta cała widownia wokół nas. Jemu najwidoczniej też nie.
– Weź mnie, proszę! – wyjęczał, kiedy pocierałem dłonią o jego męskość, całując wrażliwą skórę na jego karku.
– Nie musisz prosić dwa razy.
            Odwróciłem go na plecy i wszedłem w niego powoli. Był taki bezbronny. Jęknął z bólu, ale kiedy zacząłem się w nim poruszać, rozluźnił się i sądząc po wyrazie jego twarzy, nie odczuwał już dyskomfortu. Był taki ciasny. Rozpłynąłem się w tej chwili. Było mi tak dobrze i czułem, że jemu też. Kiedy było po wszystkim, nie czułem się na siłach, żeby wstać. Było tak cudownie w nim, przy nim. Czułem jego miarowy oddech i wiedziałem, że zasnął. Zsunąłem się z niego delikatnie i wtulając się w jego ciepłe ciało, zasnąłem.

            Rano obudziły mnie histeryczne krzyki. Otworzyłem oczy, przypominając sobie, gdzie jestem i co tu robię. Już wiedziałem, do kogo należy głos, który tak niedelikatnie wyrwał mnie z błogiego snu i uświadomił, czym skutkuje nadużywanie alkoholu.
– Tom, mógłbyś się zamknąć? Błagam, głowa mi pęka, a ty jeszcze się wydzierasz.
– Boże, Bill, przepraszam! Co ja najlepszego zrobiłem? Ja nie chciałem! – krzyczał nieprzerwanie. Chwyciłem go mocno za ramiona, aby przestał panikować i spojrzał mi w oczy.
 – Po pierwsze – zdecyduj się, Boże czy Bill. To nie to samo, a ja nie jestem wszechmogący. Jakbym był, nie bolałaby mnie teraz głowa. Po drugie – nic nie zrobiłeś. Jak już, to ja. I nie mów, że nie chciałeś, bo wczoraj nie miałeś nic przeciwko. Po trzecie – zanim obudzisz cały dom, nałóż gacie. Nie każdy ma tak dobrą pamięć jak ja, a nie wszystkim musimy przypominać o wydarzeniach zeszłej nocy.
– Jak możesz być taki spokojny? Przecież my wczoraj… my… razem… i oni…
– Tak, pieprzyliśmy się, a oni patrzyli. I co z tego?
– Jak to co? Jesteśmy braćmi. Nam nie wolno.
– Uspokój się już. Dzieci z tego nie będzie. Zrób sobie jakiś ziółek, to może trochę wyluzujesz. Wczoraj ci to jakoś nie przeszkadzało.
– Dobra, nie chcę się teraz kłócić. Bolą mnie dwie części ciała, które mają ze sobą niewiele wspólnego. Możemy iść do domu?
– Tylko się ubiorę. Widzę, że ciężko ci usiedzieć na miejscu po wczorajszym.
– To nie jest zabawne. To przez ciebie mam problemy z siedzeniem.
– Och, przestań już marudzić.

            Przez całą drogę do domu musiałem słuchać jego bezsensownego gadania. Czy on naprawdę nie mógł sobie odpuścić? A wczoraj było nam tak miło.
– Przestań w końcu jęczeć! – krzyknąłem na niego, gdy byliśmy już w domu. – Wiem, że boli cię tyłek, ale jak przelecę cię jeszcze kilka razy to się przyzwyczaisz.
– Sł…słucham?
– Tom, będę z tobą szczery. Ale najpierw usiądź. Nie chcę, żebyś rozwalił sobie głowę o podłogę, mdlejąc. – Chłopak usiadł na sofie, a ja na stoliku do kawy naprzeciwko niego. – Wczoraj to był najlepszy seks w moim życiu. Wiesz dobrze, że jestem gejem, a ty jesteś przystojny, seksowny i jesteś najbliższą mi na świecie osobą. Kocham cię nie tylko jak brata i nie żałuję ani ostatniej nocy, ani żadnej poprzedniej, kiedy byliśmy blisko. Mam nadzieję, że wiesz, o czym mówię.
– Czy ty… Czy ja… Sam nie wiem, co mam powiedzieć.
– Odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Chcesz być ze mną w ten sposób do końca życia?
– Bill, ja…
– To zależy tylko od ciebie. Jeśli nie zechcesz, odejdę. Powiedz tylko słowo.
–Nie, Bill! Ja chcę. Tylko my, już na zawsze. Tylko nie odchodź. Wiesz, że nie umiem bez ciebie żyć.
– Wiem, dlatego twój tyłek będzie miał wiele okazji, żeby się do mnie przyzwyczaić. A teraz… Potrzebuję wody i tabletek przeciwbólowych. A potem idziemy pod prysznic…

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Gdy listopad płacze.

 UWAGA!!! TWINCEST (miłość bliźniaków) 18+
[Betowała Akira]
 ******

            Jesienny deszcz idealnie maskował rozmazujące makijaż łzy na twarzy młodego chłopaka. Wokalista nie rozumiał wydarzeń, jakie miały miejsce w czasie ostatnich sześciu miesięcy, a tym bardziej nie pojmował tego, co działo się przez ostatnie dwa dni. Parkowe alejki rozmywały się przed jego oczami. Zwolnił bieg i opierając się plecami o stary, masywny dąb, osunął się na pokrytą jesiennymi liśćmi ziemię. Nie zwracając uwagi na wilgoć, przegniłą ściółkę a nawet ulewny deszcz, ukrył twarz w dłoniach, chcąc rozpłynąć się w listopadowej mgle. Uciekał. Przed sobą, przed bratem, przed domem i pracą, przed tak zwanymi przyjaciółmi, przed wszystkim. Zwyczajnie uciekał.
            Zaczęło się niewinnie. To banalne, bo wszystko, co kończy się tragicznie, zawsze zaczyna się niewinnie. A przecież nic w jego życiu nigdy nie wydawało się banalne i zwyczajne. W ich życiu. Nigdy nie mówił o sobie „ja”, aż do dziś. Tego dnia miał wrażenie, że jego „my” przestało istnieć, zostało mu brutalnie wydarte i zostawiło jedynie pustkę po tym, co było od zawsze i właśnie umarło. Czy to miłość ich zabiła?
            Tysiące pytań w głowie i brak jakichkolwiek odpowiedzi, w połączeniu z niewyobrażalnym bólem, wściekłością oraz żalem, przyprawiały go o mdłości. Przecież o to nie prosił. O jego miłość, o to, żeby ktokolwiek wiedział, o zapomnienie fanów. Czy komplikacje na wszystkich możliwych płaszczyznach życia są oznaką dorosłości? Bo skoro tak, to on woli pozostać naiwnym dzieciakiem. Ale chyba czas wyjaśnić, co tak naprawdę się wydarzyło, bo nie znając chociaż zarysu całej historii, nikt nie zrozumie, jak tragiczna była pozycja skulonego pod dębem chłopaka.
            Tom od zawsze był blisko, opiekował się nim, bronił go, pomagał, jak tylko potrafił. Był najlepszym bratem bliźniakiem, jakiego ktokolwiek mógł sobie wymarzyć. I dany był właśnie Billowi. Młodszy z braci zawsze doceniał ten niezwykły dar i wiedział, że to najważniejszy element jego egzystencji. I chociaż zdawało się, że ważniejszy być nie może, pół roku temu większa dawka alkoholu uświadomiła mu, że to nie prawda. Ten jeden wieczór przeniósł ich relacje na zupełnie inny poziom. Miłość fizyczna była czymś zakazanym, czymś niebezpiecznym, na co nie mieli odwagi się zdecydować przez te wszystkie lata, chociaż pragnienie jej rozwijało się w nich coraz bardziej. Aż do tego wieczoru. A potem byli tylko „oni”.
            W świecie, w jakim żyli, nic nie było pewne. Po latach koncertów przy wypełnionych po brzegi halach, milionach sprzedanych płyt, wielu sukcesach, ale też licznych wpadkach, przyszedł dziwny czas. Czas, kiedy o zespole młodych, bo dopiero dwudziestokilkuletnich chłopaków, przestało się mówić. Współpraca w wytwórni nie szła najlepiej. Oni nie mogli napisać żadnego dobrego utworu, a te, które proponowała wytwórnia, im się nie podobały. Więc nie było nowej płyty, nowej piosenki, koncertów. Była tylko świadomość, że ludzie o nich zapominają, a w ich życiu zaczyna brakować dynamiki.
Godziny spędzone w samotności, w czterech ścianach pustych domów, telefoniczne rozmowy tracące sens, a tym samym kończące się przy trzecim zdaniu. To, co łączyło ich czwórkę, się wypalało. Wszyscy to czuli, ale nikt nie odważył się powiedzieć tego głośno. Tylko takie życie znali i właśnie je tracili. Nie wiedzieli, co będzie dalej.
Taka sytuacja najbardziej bolesna była dla Billa. Bał się tego, co ich czeka. Nie mógł nic zrobić, ale wiedział, że gdy ostatecznie ich kariera się skończy, tylko on nie będzie potrafił znaleźć sobie nowego miejsca. Zespół trzymał ich razem. I gdyby nie to, nawet Toma nie byłoby przy wokaliście. Ale jeszcze był, więc chłopak pragnąc zatrzymać te strzępy cudownej przeszłości, szukał spokoju i ukojenia przy własnym bracie. W jego ramionach, w jego łóżku, w jego pościeli. Najbliżej jak się dało.
Wiedział, że to nie na zawsze. Gdy Tom nie wracał na noc, młodszy z bliźniaków wiedział, że w tej chwili nie należy do niego. Bo ostatecznie Tom chciał innego życia, kobiety, rodziny. Nawet kiedy byli najbliżej, kiedy trwali połączeni w rozkoszy i ekstazie, starszy z nich powtarzał w kółko, jak chore jest to, co robią. I nie widział łez drugiego.
W takim świecie, w jakim oni żyli, niedomknięte drzwi są początkiem tragedii, przyjaciel przez nie zaglądający staje się w jednej chwili wrogiem. Świat wali się w minutę. Georg nie chciał zrozumieć, jak mogą tak się kochać. Gustav też nie słuchał wyjaśnień. Odeszli następnego dnia, nawet nie odwracając się na chwilę. Wtedy było dziś.

Nie dotykaj mnie nigdy więcej! – krzyczał na niego Tom, kiedy za dwójką starszych muzyków zatrzasnęły się drzwi..
– Zawsze to powtarzasz, a potem sam do mnie przychodzisz! Jak możesz mi to robić! – odpowiadał załamującym się głosem, dławiąc się własnymi łzami. – Chcesz może jeszcze mi uświadomić, jak bardzo nienormalny jestem, kochając się z tobą i myśląc, że zawsze przy mnie będziesz?! Oświecę cię, wiem to doskonale, szkoda tylko, że nie zauważasz, że w tym łóżku nie jestem sam!
– Już nie pamiętasz, kto mnie w to wciągnął?! Byłem pijany, a ty błagałeś, żebym cię przeleciał! – krzyczał, rozwścieczony słowami brata. – Nie słuchałeś, kiedy mówiłem, żebyś przestał, że to się źle skończy! Ani wtedy, ani żadnej innej nocy!
– Uwielbiasz, kiedy z tobą jestem! Sam siebie nie jesteś w stanie zmusić do myślenia, że jest inaczej!
– Uwielbiam seks z kimkolwiek! Taka już moja natura! A jeżeli ty niemal każdej nocy pchasz mi się do łóżka, a ja nie mogę się powstrzymać, to już nie moja wina! – wykrzyczał z szyderstwem i drwiną malującymi się na jego twarzy.
– A czyja?! Może moja?! Posłuchaj sam siebie! To, co mówisz, nie ma najmniejszego sensu!
– Dobrze, że to, co ty mówisz i robisz, ma zawsze sens! Dzięki temu właśnie nam spieprzyłeś karierę!
– A więc to moja wina?! Nasza kariera nie istnieje już od ponad roku! Oni potrzebowali tylko pretekstu, żeby odejść! – Piosenkarz osunął się w bezsilności na zimną terakotę.
– A ty im go dałeś! Widziałeś, z jakim obrzydzeniem na nas patrzyli?!
– Dokładnie tak, jak ty teraz patrzysz na mnie – powiedział już ciszej i spokojniej. – Nie zniosę tego, Tom. To za dużo. Nie zniosę twojej nienawiści. – Wstał z podłogi i wybiegł z domu, przy wejściu chwytając jedynie ciepłą bluzę wiszącą na wieszaku przy drzwiach.
– Bill, zaczekaj! Przepraszam… – usłyszał, zatrzaskując za sobą drzwi, ale nie zatrzymał się. Biegł przed siebie.
           
            Kłótnie z bliźniakiem zawsze były momentami wykrzyczenia sobie wszystkiego, co skrywali i co bali się powiedzieć w normalnych sytuacjach. Ale nigdy nie spodziewał się, że brat go znienawidzi. A to zobaczył w jego oczach. Nienawiść i obrzydzenie wobec wszystkiego, co ich łączyło. Tom nienawidził tego, co było sensem życia Billa. Więc po co skrywać się przed deszczem, skoro ma się ochotę w nim rozpuścić. Po tym, co się wydarzyło, nic nie będzie takie samo.
            Nie było już zespołu, kariery, wielkich pieniędzy i sławy. Bał się, że nie będzie też rodziny, brata, bez którego nie potrafił żyć. Bill płakał, listopad płakał… Tom płakał.
            Starszy z braci, dopiero słysząc zatrzaskujący się zamek, zrozumiał, co zrobił. Zawiódł swojego małego braciszka. Nie rozumiał, dlaczego powiedział mu wszystkie te okropne rzeczy, których naprawdę nie myślał. Bo uwielbiał kochać się z Billem i nie raz sam zabiegał o jego uwagę. I to on nie domknął drzwi. Więc dlaczego zrzucił całą winę na młodszego i słabszego z nich?
            Wybiegł z domu i jego głównym celem było odnalezienie wokalisty. Był gdzieś tam zupełnie sam pośród srebrnych kropel deszczu. Załzawione oczy utrudniały poszukiwania, ale jego bliźniacza intuicja prowadziła go bezbłędnie ulicami, alejkami, prosto pod stary dąb.
            Widząc skuloną pod drzewem postać, jeszcze bardziej chciało mu się płakać z poczucia winy. Usiadł tuż obok i obejmując wycieńczone ciało brata, przyciągną i przytulił do swojej klatki piersiowej. Gładząc mokre włosy brata, zaczął szeptać mu do ucha.
– Przepraszam, nie chciałem, Billy. – Tulił go do siebie, chcąc utwierdzić w przekonaniu, że jest i zawsze będzie przy nim i dla niego. Po dłuższej chwili ciszy między nimi powiedział jedno słowo. – Uciekasz.
– Tak – odpowiedział mu słaby głos.
– Przede mną.
– Nie. Przed „nami” i rzeczywistością.
– Kochasz „nas”. I ja też „nas” kocham.
– Wiem. Kochamy „nas”. Kochamy siebie nawzajem. Ale wszyscy inni „nas” nienawidzą. Nawet ty „nas” za tę miłość nienawidzisz.
– To nie prawda. Czasem tylko trochę się boję. Ale mamy naszą miłość i to jest najważniejsze.
– Ale ona nie zmieni rzeczywistości.
– My możemy.
– Nie. Jesteśmy za słabi.
– Mamy dom. Nasz dom to my jako rodzina. Dom to siła. Nasza największa siła. Wracajmy już do domu.
– Wracajmy… do domu.

Pocałunek na dobranoc

UWAGA!!! TWINCEST (miłość bliźniaków) 18+
[Betowała Akira]
****


            Kochany!

Zawsze byłeś ze mną. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było inaczej. Czy płakałem przez ciebie? Tysiące razy. Czy cierpiałem? Dobrze wiesz, że tak. Ale to wszystko jest przecież nieważne. Nieważne w porównaniu z tą całą radością, jaką mi dawałeś każdego dnia.
Pamiętasz, jak mówiliśmy „na zawsze razem”? To było takie oczywiste. Dla mnie jest nadal. Cokolwiek by się nie stało, zawsze będę przy tobie. Nie ciałem, ale sercem. Wiesz dobrze, że ono należy do ciebie.
Granica między miłością braterską a miłością kochanków okazała się cienka jak nić pajęczyny – niemal niezauważalna. Pamiętasz? Nie było żadnej rewolucji. To wszystko było dla nas tak naturalne i zwyczajne, chociaż wcale nie powinno tak być. Zaczęło się od pocałunków w policzek – tak niewinnie. Potem niewiele znaczące muśnięcia warg – zupełnie nieszkodliwe. W końcu namiętne pocałunki – już nie tak niewinne, ale dla nas nic niezwykłego. Nie wiem nawet, w którym momencie twój dotyk zaczął sprawiać mi tak niebiańską przyjemność. Pokochałem cię w każdy z możliwych sposobów. Byłeś dla mnie bratem, przyjacielem, a w końcu wielką miłością, której zawsze szukałem i najwspanialszym na świecie kochankiem. Zawsze oddzielaliśmy od siebie te trzy sfery naszych relacji na tyle, żeby nie wpływały na siebie, a jednocześnie łączyliśmy tak, że tworzyły zgraną jedność.
Sława była często uciążliwa. To, co my uważaliśmy za normalne, dla innych było przestępstwem i czymś odrażającym. Musieliśmy ukrywać to wszystko, co z każdym dniem się w nas budziło coraz bardziej. Ale odnajdywaliśmy tę więź w prostych braterskich gestach. Było nam tak cudownie. Mieliśmy wszystko, o czym marzyliśmy. Spełnialiśmy nasze marzenia i dawaliśmy sobie tak wiele miłości.
Pamiętasz nasz pierwszy raz? Niezwykle mnie rozśmieszyło, gdy zapytałeś, czy boję się swojego pierwszego seksu. Do tej pory nie mogę uwierzyć, że myślałeś, że byłem prawiczkiem. Nie zapomnę tej zdziwionej miny, kiedy oznajmiłem, że już to robiłem. Dałeś mi tamtej nocy tyle przyjemności, ile nie dała mi w życiu żadna dziewczyna. Ja tobie też, prawda? Wiem, że ci się podobało. Potem kochaliśmy się jeszcze nie raz. Zawsze było wspaniale, z uczuciem i namiętnością. To, co się między nami działo, było rzeczywiste, a wydawało się tak nierealne zarazem.
Żaden z nas nie przestał oglądać się za dziewczynami. Nie wymagaliśmy od siebie wyłączności. Często spotykaliśmy się z nimi, a nawet spędzaliśmy upojne noce. Nasza relacja była braterskim rytuałem, a my poza nią byliśmy przecież hetero. Żaden z nas nie kwestionował tego układu.
Był taki dzień, a właściwie wieczór, który spędziliśmy na rozmowach. Pamiętasz? Powiedziałem ci wtedy, że moje życie zakończy się dopiero wtedy, kiedy poczuję, że nie mam już nic więcej do zrobienia i do osiągnięcia na tym świecie. Zapytałeś, jak chcę umrzeć. W nocy. Patrząc w gwiazdy. Czując delikatny wiatr na skórze. W idealną noc. Taką, jakie uwielbiam. Powiedziałeś, że chciałbyś umrzeć wtedy ze mną, bo beze mnie nic nie ma sensu. Ja chcę jednak, żebyś żył dalej. Nie umieraj przeze mnie. To nie ma sensu. Moja śmierć to mój wybór, ale nie jestem w stanie pogodzić się z tym, że mógłbym być przyczyną twojej.
Czekałem na taką noc jak dziś od miesiąca. Dałem temu światu i dostałem od niego już wszystko, co mogłem. Ja na złość od miesiąca nie było takiej pięknej nocy. Zabawne, prawda? Zupełnie, jakby świat chciał na siłę mnie tu zatrzymać. Ale z drugiej strony dobrze się stało. Miałem dużo czasu do przemyśleń. Mogłem dokładnie wszystko zaplanować, co okazało się nie takie łatwe. Wybrałem już wieżowiec. Ten najwyższy w mieście. Stąd jest najlepszy widok i oczywiście będę miał pewność, że wszystko się uda. Mimo że pogodziłem się ze swoją decyzją, jest mi ciężko. Obiecałem ci to, ale nie jestem w stanie dotrzymać danego słowa. Nie mogę tak po prostu podejść i powiedzieć, że to mój ostatni dzień i więcej już mnie nie zobaczysz. To mi tylko utrudni sprawę, bo wiem, że chciałbyś mnie powstrzymać. Nie mogę też odejść bez pożegnania, dlatego piszę ten list. Wyszedłeś i wrócisz późno. Niech to będzie taki mój pocałunek na dobranoc dla ciebie.
Nigdy niczego nie żałowałem. Byłem szczęśliwy aż do końca. Może to cię nie pocieszy, ale to dzięki tobie moje życie i śmierć były takie wspaniałe. Wiedz, że kocham cię i nigdy nie przestanę.
           
            Twój Bill

PS Nie wiem, co mnie czeka po drugiej stronie, ale spadając, będę miał przed oczami twoją twarz. Wiem, że któregoś dnia do mnie dołączysz, więc nie mówię żegnaj. Nie płacz za mną, bo ja będę nad tobą czuwał i będzie mi przykro. Uśmiechaj się, bo to była dobra śmierć. Najlepsza. Niech twoja też taka będzie. Będę czekał po drugiej stronie. Do zobaczenia. I dobranoc, braciszku.


            Tom otarł jedną, samotną łzę ze swojego policzka i uśmiechnął się do siebie. To już pięć lat. Czytał ten list nie raz. Jednak teraz, kiedy stał na tym samym dachu co jego brat tamtej nocy, a noc była taka, jaką obaj uwielbiali, przeżywał wszystko jeszcze bardziej. Czuł się teraz tak samo spełniony jak Bill wtedy. Z zapalniczki, którą chłopak trzymał w ręku, wydobył się jasny płomień, który chwilę później przeniósł się na kartkę papieru. Tom otworzył dłoń. Płonący karton opadł na betonową posadzkę. Ich miłość pozostanie tylko między nimi. Zbliżył się do krawędzi dachu i odwrócił się do niej tyłem.
– Nie musisz dłużej czekać, Billy. Już ani minuty. – Przechylił się do tyłu. Widział gwiazdy, a w nich twarz ukochanego braciszka. Na skórze czuł chłodny, kojący wiatr. Czuł się szczęśliwy. – To była dobra śmierć. Najlepsza – wyszeptał słowa brata, spadając…

SZEROKA LISTA